

Wschód
Przeczytałem „Wschód” Andrzeja Stasiuka. Mam mieszane uczucia. Szkoda, że dyscyplina narracyjna autora opiera się na jednym koncepcie – znajdywania praprzyczyny kształtującej nas jako naród i jednostki tylko na wschodzie, dalekim i bliskim. Moim zdaniem to nie jest prawda, a przynajmniej nie uniwersalna. Po drugie – czułem, że Stasiuk naciąga wątki do tytułu książki. Szczególnie sekwencje dotyczące matki, moim zdaniem najpiękniejsze, są w tej strukturze obcym ciałem. Z tym że w jego powieściach nie ma żadnej intrygi już zdążyłem się pogodzić, ale wielu odpycha to od lektury. Książkę dostałem od koleżanki, która obdarowana nią, nie mogła przebrnąć przez początek. Gdyby Stasiuk zechciał opierać swoje powieści na jakieś ciekawie skonstruowanej akcji, miałby światowy sukces. A tak, ma nasz, „wschodni”. Ale cóż – gdyby poszedł za tą poradą, nie byłby sobą i pewnie literatura straciłaby więcej. Domyślam się, jak alergicznie musi reagować na takie podpowiedzi. Mimo tych wszystkich zastrzeżeń, jak zwykle jestem oczarowany jego obrazową, melancholijną frazą, która odbiera nadzieją na szczęście, dając w zamian piękny obraz rozpadu i przygotowując do ostatecznej utraty wszystkiego. Dzisiaj to dla mnie wciąż najważniejszy żyjący polski pisarz.